Nowy jesienny wirtualny sezon tańców tradycyjnych 2020
Data: 07-09-2020 o godz. 20:24:43
Temat: Warsztaty


Drodzy Warsztatowicze,
ostatnie spotkanie odbyło się 30 grudnia. Cały sezon odczytacie klikając


Przedbiegi

- 7 września 2020 r.
Na pierwszy ogień przypomnienie warsztatów oberkowych Z przytupem (prawie) na żywo!
We wrześniu i na początku października będzie parę imprez tanecznych zupełnie na żywo, więc śledźcie informacje (głównie na fejzbóku), a z warsztatami z kopyta ruszymy w październiku: niestety raczej wirtualnymi.
Pozdrawiam

- 21 września
W tym tygodniu będą warsztaty w ramach II Kongresu Tańca. Kto jeszcze się nie zapisał, zapraszamy!
w sobotę 26 września na
Warszawskie Święto Tańca.
Oczywiście na KONGRES również zapraszamy, jeśli jeszcze znajdziecie wolne miejsca.
Do zobaczenia
Grzegorz Ajdacki

- Od wtorku 29 września zaczyna się Festiwal Wszystkie Mazurki Świata
Zapraszamy. W jego ramach oczywiście są warsztaty taneczne.

- 5 października
W zeszłym sezonie często była mowa o mazurkach, które w wyniku perturbacji dziejowych naszego kraju, a konkretnie rozbiorów, powstań (szczególnie listopadowego) i wielkiej migracji w XIX w. najbardziej się rozpowszechniły po całym świecie. Tymczasem za wschodnimi obecnymi rubieżami naszego kraju, czyli na Litwie, Białorusi i Ukrainie, tańcem wywodzącym się z Polski, który najbardziej się przyjął, szczególnie wśród ludności wiejskiej, okazał się krakowiak. Do dziś jest tańczony i uważany za „swój”, a jego proweniencja – od Krakowa – jest znana i często cytowana w tamtejszych wersjach językowych. Co mogło być powodem, że tak dobrze się zadomowił?
Po pierwsze, na przełomie XVIII i XIX w. bardzo silnie pretendował do miana tańca narodowego (czytaj: Rzeczpospolitej Obojga Narodów) kozak. Nie przyjął się, co prawda, w tej roli i ostatecznie wyparł go krakowiak, ale – co nadmienił dr hab. Tomasz Nowak w koncercie Dialogi na tańce polskie – kolejny krok (od 1:02:20 do 1:06:50) – przejął trochę figur z kozaka.
Po drugie, w XIX w. był powszechnie tańczonym tańcem narodowym, a w tamtych czasach tańczenie tychże tańców było nie tylko podstawową umiejętnością, ale też formą demonstracji przynależności kulturowej.
No i po trzecie, warto zwrócić uwagę, że nawet obecnie na wschodzie naszego kraju dominują tańce w rytmach parzystych, a przynajmniej dorównują ilościowo nieparzystym. Jeżdżąc po wschodzie kraju, ale też rozmawiając z Litwinami, Białorusinami czy Ukraińcami z miejsc nieodległych od Polski nieraz słyszałem, że oberki czy mazury tańczyła polska szlachta, a „my tańczyliśmy polki, walczyki, krakowiaki – to nasze tańce ludowe”. Widocznie trójmiar był uważany za specyficznie polski, a krakowiaki uznano za swojskie.
Poniżej zamieszczam całkiem współczesną wersję krakowiaka z Brześcia z Białorusi.

- 12 października
Tym razem zajmiemy się krakowiakami ukraińskimi. Do niedawna były (obok polek) jednymi z najbardziej popularnych tańców na Ukrainie; wydaje się, że szczególnie w jej centralnej części. Ponoć pierwsze pojawienie się krakowiaków na ziemiach obecnej Ukrainy miało miejsce już w XVII w., a to za sprawą polskiej szlachty, która upodobała sobie ten taniec. Prawdopodobnie w tamtym też czasie rozprzestrzenił się dalej na wschód, na teren ówczesnej Ukrainy Prawobrzeżnej, zajmującej dziś centralną część kraju. Jak już wspomniałem tydzień temu, na przełomie XVIII i XIX w. z dużą dozą prawdopodobieństwa istniała wymiana między różnymi elementami krakowiaka i kozaka. Świadczyłoby to o jakichś wspólnych cechach obu tych tańców, cechach, które mogłyby wpłynąć na popularność krakowiaka na wschodzie, skąd pochodzą kozaki Mnie jednak coś nie pasuje w tej koncepcji – skoro taniec jest taki stary, dlaczego w wielu miejscach Ukrainy, Białorusi, wschodniej Polski, na olbrzymim terytorium Europy Środkowo-Wschodniej, jest tak jednolity, wyróżnia się tak małą wariantywnością regionalną i do tego posiada przeważnie jedną, równie niewiele zróżnicowaną melodię? Tymczasem na południu, w centrum i na zachodzie Polski ta różnorodność jest znaczna. Czas robi przecież swoje.
Drodzy, okazuje się, że najciemniej jest pod latarnią... Sięgnąłem do zalegającego nad moją głową na półce z książkami podręcznika „Ukraińska etnologia”, do którego ostatnio zaglądałem jakieś dziesięć lat temu, a tam stoi napisane, że w latach 30. i 40. XX w., w wyniku rozszerzania się czynników urbanizacyjnych na wieś, zaczynają na niej swój żywot nowe rodzaje tańców, czyli: walc, karapet, krakowiak, a za nimi fokstrot, tango i inne. Znaczy to ni mniej, ni więcej, że krakowiaki parę razy w historii zdobywały sobie wielbicieli na wschód od współczesnych granic Polski. To, czy wcześniejsze warstwy zostały gdzieś po ukraińskich wsiach, trudno mi określić, ale w świadomości ludzkiej (i jeszcze w nogach) moda na krakowiaki z przedwojnia bardzo mocno się udokumentowała. Z komentarzy pod tym filmem wynika, że dla pokolenia dziadków i rodziców komentujących krakowiak był tańcem powszechnie znanym i używanym. Z dat i kontekstu rozumiem, że były to pokolenia również moich dziadków i rodziców. Wszyscy moi dziadkowie urodzili się między 1917 a 1920 rokiem – najmłodsza babcia w grudniu tego roku skończyłaby 100 lat...
Nagranie pochodzi prawdopodobnie z lat 90. XX w. i jest to przykład krakowiaka w parach. Taniec ten jednak tańczono również często w trzy osoby, czego przykład macie tutaj.
I w tym miejscu wrócę do początku tekstu – napisałem „do niedawna”. Do niedawna, czyli do kiedy? Z tekstów zamieszczonych pod filmami wynika, że właśnie początek lat 90. XX w. był tym granicznym momentem. Młodzież masowo zaczęła wyjeżdżać do miast i za granicę i już nie wróciła, przestano bawić się w wiejskich klubach. Wsie zostały puste.
No, niezupełnie: ze staruszkami i... krakowiakami.

19 października 2020

Kontynuujemy temat krakowiaków.
Czy są jakieś krakowiaki na południe od Polski?
W źródłach dotyczących muzyki i tańców tradycyjnych na Słowacji można znaleźć informacje, że już co najmniej w XVII i XVIII w. były tam znane „saltus polonicus” i „chorea polonica”, czyli tańce polskie. Nie ma co jednak sięgać tak głęboko, bo nawet nie do końca wiadomo, jak u nas wówczas tańczono. Wtedy ukształtowały się i ugruntowały takie nazwy jak polonez i mazurek. Wiadomo, że w latach 40. XIX w. dość powszechna była na Słowacji mazurka. Dotarła tam jako taniec salonowy wraz z walcem, polką. Moda ponoć przyszła z zachodu, z Austrii, tyle że zarówno Słowacja, jak południowa część Polski zwana wówczas Galicją należały do Austrowęgier (a dokładniej: Galicja do Austrii, a Słowacja do Węgier), ale oba regiony, jak wiadomo, graniczą, więc przepływ dorobku kultury niematerialnej mógł być bezpośredni.
A jak było z krakowiakami? Otóż w książce Slovensko. Európske kontexty l’udovéj kultúry piszą, że rytmika melodii krakowiakowych wykazuje wspólne cechy dla muzyki polskiej i słowackiej. Po obu stronach granicy mogą być te same melodie. Udało mi się nawet znaleźć nagrania krakowiaków ze Słowacji – dokonanych w Stanach Zjednoczonych(sic!). Tylko, że nigdzie nie trafiłem na film z tańcem. Szukałem też jego różnych nazw wariantowych. A dlaczego?
Są takie sytuacje, że dochodzimy do ciekawego zjawiska i nie jesteśmy w stanie go wytłumaczyć. Ja z takim zetknąłem się 10-12 lat temu. Poznałem hojnę – taniec mołdawskich Czangów, czyli węgierskojęzycznych mieszkańców zachodniej części Rumunii, zwanej Mołdawią. Już wtedy zwróciłem uwagę na duże podobieństwo pierwszej części melodii do naszego najpopularniejszego krakowiaka, co możecie sami usłyszeć: hojna.
Niektórzy próbowali mnie przekonywać, że mi się wydaje, że oni tego podobieństwa nie widzą. Odłożyłem temat na daleeekie później, no ale nadszedł czas pandemii i, jak widzicie, zająłem się krakowiakami.
A wtedy okazało się, że nie tylko w Mołdawii można spotkać tę melodię. W południowo-wschodnim Siedmiogrodzie, w okolicach miasta Braszów Rumuni tańczą coś, co się nazywa Braszowianką, zresztą jedna z węgierskich nazw hojny to braswiánka.
Zobaczyliście tu film, na którym wyraźnie widać układ choreograficzny, ale ten taniec jest jednym z najpopularniejszych współczesnych tańców weselnych w Rumunii. Najchętniej tańczony w okolicach Braszowa, ale też w Mołdawii, Dobrudży i Oltenii, i w ogóle w całej Rumunii.
Taniec jest uważany za tzw. zachodni i włączany w grupę tańców miejskich. Przypuszcza się, że ma związki z osadnictwem niemieckim na tych terenach: Braszów był jednym z głównych miast Sasów (czyli Niemców) siedmiogrodzkich. Wskazuje na to zarówno jego nazwa, jak i forma: w okolicy tańczy się raczej w kołach i w korowodach, a nie w parach. Wracając do hojny, tradycyjnie mogły ją tańczyć w parach dwie kobiety lub dwóch mężczyzn, co niektórzy tłumaczą silną religijnością Węgrów mołdawskich. Opinię tę potwierdza to, że jednym z ważnych miejsc życia tanecznego był plac przed kościołem po niedzielnej mszy.
No ale skąd pochodzi melodia, to się nie dowiedzieliśmy.

Za pomoc w poszukiwaniach dziękuję Szymonowi Brzezińskiemu.

Pozdrawiam
i potańczcie, to bardzo przyjemny taniec:)

Grzegorz Ajdacki

26 października 2020

Jedziemy na północ.
Dziś zajmiemy się krakowiakami na Litwie, Łotwie i w Estonii.
Można by szukać bardzo dawnych relacji między Polską a Litwą – są one chyba dla wszystkich oczywiste. Mniej oczywiste, choć też dość odległe są związki kulturowe między naszym krajem, a Łotwą i Estonią. W latach 1561-1621 obecne ziemie Łotwy i duża część terytorium Estonii była „posiadłością Rzeczpospolitej Obojga Narodów”. Ziemie te nazywały się wówczas Inflantami. Po 1621 r. tylko fragment Inflant pozostał przy Polsce (i to z przerwami) – tak zwane Inflanty Polskie – ale na tyle silnie zintegrowały się one kulturowo z Rzeczpospolitą, iż związki te uważano za silniejsze niż między Prusami Królewskimi, czyli Pomorzem Gdańskim i Warmią. Inflanty Polskie były przy Rzeczypospolitej do pierwszego rozbioru w 1772 r., a Kurlandia i Semigalia pozostały jeszcze przy niej do trzeciego rozbioru w 1795 r.
W tym schyłkowym czasie, jak już wcześniej pisałem, krakowiaki stawały się coraz bardziej popularne na scenach baletów polskich, jednocześnie wypierając kozaki, co szczególnie dało się zauważyć po zajęciu przez Rosjan w 1812 r. Księstwa Warszawskiego. W zasadzie większość ziem związanych z dawną Rzeczpospolitą, a znajdujących się pod zaborem rosyjskim przeżywała podobną modę na krakowiaki, oczywiście z różnym nasileniem. Modę na taniec, który zszedł ze scen i po przepracowaniu do formy balowej, rozgościł się na salonach w całym dziewiętnastym wieku.
I tu znów trudno powiedzieć, jak to się stało, że krakowiaki trafiły na litewską, łotewską i estońską wieś. Jedno jest pewne – są tam traktowane jako istotny element kultury tradycyjnej, po prostu jako swojskie, tamtejsze tańce ludowe. Ponoć modne były do lat 50. XX w.
Mnie jednak nadal zastanawia podobieństwo różnych wersji krakowiaków, szczególnie tych na Ukrainie, Białorusi, Litwie, Łotwie i w Estonii do siebie, przy ogrywaniu ich szczególnie do jednej, choć nie jedynej(!) melodii. Zresztą porównajcie sami:
„Falujący” krakowiak w parach.
Krakowiak w trzy z litewskiej części Suwalszczyzny.
Krakowiak łotewski w trzy osoby.
Krakowiak łotewski w parach.
Mój ulubiony krakowiak łotewski w parach.
Ciekawe mikroodmiany krakowiaka estońskiego w parach.
Krakowiak estoński w trzy.
No i ostatni
krakowiak estoński.
Proszę, zwróćcie uwagę, że przykłady pierwszy i ostatni mają jeszcze elementy innych tańców, mnie przypominających formy naszych krzyżaków bądź kontr, które wywodzą się z kontredansów. Mogłoby to wskazywać, że są to jednak dość stare formy taneczne, bo pod koniec XVIII w. z kontredansów czerpano różne elementy.
To ci zagadka.

Miłego tupania.

11 listopada

W Święto Niepodległości od 20.00 do 22.00 Prywatka Niepodległa!
Będziemy grać, tańczyć i uczyć tańców polskich!

Muzykę z różnych regionów Polski zagra Skład Niearchaiczny i Janusz Prusinowski Kompania 🎻 !
Tańce poprowadzą m.in.: Bartłomiej Hacocok Mieszczak, Grzegorz Ajdacki, Paulina Szagżdowicz, Arkadiusz Szałata, Pani od muzyki (Kasia Chodoń), Xztyżvon Domingez Dominik Wóltański, Patrycja Dądela, Przemek Rosomak, Magdalena Aftyka i inni.

2-9 listopada 2020

Drodzy Warsztatowicze
Dziś chciałem podsumować warsztaty krakowiaków, które zamieniły nam się w całomiesięczny cykl. Zdaję sobie jednak sprawę, jak wielka jest góra lodowa, która tworzy ten temat i jak bardzo malutki jej czubek tu opisuję. Dlatego będzie to podsumowanie z rozwinięciem, a tematowi z pewnością jeszcze wiele zabraknie do zamknięcia. Pozostawię to już jednak innym.
Krakowiaki, choć nie zawsze sugerujące nazwą swoje pochodzenie, mamy w Rumunii (w Siedmiogrodzie i Mołdawii), były na Węgrzech, w Chorwacji, w Austrii, w Czechach (gdzie być może miały wpływ na choreograficzny rozwój polki), są naturalne na Słowacji, spotyka się je na całej Ukrainie, Białorusi, gdzie funkcjonują jako tańce narodowe vel ludowe, podobnie zresztą jak na Litwie, Łotwie i w Estonii. W XIX w. obok poloneza, mazurki, walca, polki i innych należały do najmodniejszych tańców salonowych, czy też balowych. Tańczono je oczywiście we Francji. Ale czy spodziewaliście się, że są krakowiaki na Dalekim Wschodzie i na Dalekiej Północy?
Rosja w XIX i na początku XX w., mimo że leżała na krańcach Europy, bynajmniej nie była na końcu państw we współtworzeniu kultury europejskiej. Podążała równo z modą, jak kraje środkowo- i zachodnioeuropejskie. Co więcej, śmiem twierdzić, że zainteresowanie, a nawet uwielbienie takimi tworami kultury polskiej jak polonezy, mazurki czy krakowiaki rosło wprost proporcjonalnie do rusyfikacji i do gnębienia innych jej przejawów jak polska literatura czy patriotyzm. Szczególnie mnie dziwiło, że w okresie największych represji i sankcji gospodarczych nałożonych na ziemie polskie, czyli w tzw. noc paskiewiczowską, mazurki cieszyły się największą popularnością na dworze carskim. Np. w 1853 r. w petersburskim balecie zatrudnił się pierwszej klasy warszawski mazurzysta Feliks Krzesiński, który za misję przyjął sobie wprowadzenie na salony tańców polskich i tego dokonał, stając się na 45 lat ulubińcem rosyjskich scen i nauczycielem tańca wśród tamtejszej arystokracji i burżuazji, nie zrywając przy tym więzów z krajem.
Wróćmy jednak do krakowiaków. Otóż kilkakrotnie w tekstach o krakowiakach zaznaczyłem, że duże znaczenie w ich upowszechnianiu miały taneczne przedstawienia teatralne. Z baletu czerpano wtedy garściami i wykorzystywano elementy choreograficzne w tańcach salonowych. Twórcą takich tańców (tak, tak – tworzono je nawet!), tancerzem i nauczycielem tańca był m.in. działający w Petersburgu w i przy Teatrze Maryjskim Mikołaj Gawlikowski. Jego najistotniejsza działalność przypada na lata 1898-1922 i jest to przede wszystkim działalność edukacyjno-popularyzatorska. W zasadzie niewiele wiadomo o jego rodowodzie, ale imiona braci, rodziców, kręgi, w jakich się obracał (np. rodzina Krzesińskich) wskazują na polskie pochodzenie. Uczył tańca m.in. tancerzy baletowych, a jego układy choreograficzne były wykorzystywane w tańcach balowych. Co więcej, w 1899 r. wydał Przewodnik do nauki tańców. W 1902 i 1907 r. były jego nowe wydania, w których zamieścił m.in. opracowanego przez siebie krakowiaka z dodatkiem elementów walca. Przejrzałem wydanie z 1902 r. (do tego z 1907 r. nie dotarłem) i wszystko wskazuje na to, że to właśnie ta wersja krakowiaka z niewielkimi zmianami upowszechniła się w Rosji. Nie znalazłem w sieci wersji opisanej w Przewodniku, ale ta jest najbardziej podobna swym charakterem. Porównałem ją z Samouczkiem tańców salonowych wydanym po polsku w 1914 r. na terenie Królestwa Polskiego i nie widzę podobieństwa. Na podstawie dzieła Gawlikowskiego później, w latach 1950. XX w., powstawały popularyzatorskie książeczki dla świetlic i klubów w całym ZSRR – podręczniki do nauki tańców powszechnych. A krakowiaka jako taniec powszechny tańczono np. tak koło Suzdala, jakieś 200 km na wschód od Moskwy.
Taniec w wersji salonowej rozpowszechnił się po całym kraju i dziś też można spotkać się z konkursami tańca w tej wersji, nawet w najdalszych częściach Rosji, np. w Jakucji. (Krakowiak jest od 1:50, pierwszy taniec znany jest na Podlasiu pod nazwą łysy). Jednakże już wcześniej – jak pisałem odnośnie krakowiaków na Ukrainie – w latach 30. i 40. XX w. taniec ten rozprzestrzenił się poprzez coraz silniejsze relacje miejsko-wiejskie, a wydawnictwa z lat 50. jeszcze to wzmogły. Do dnia dzisiejszego jest popularny w szkołach, gdzie służy do prezentacji różnych form scenicznych, np. w edukacji artystycznej. Oto przykład krakowiaka z Nowosybirska z centrum Rosji (choć dzieciaki są spod Moskwy), jak również niepowtarzalny krakowiak na dęciakach z Czernichówki na Dalekim Wschodzie (ok. 200 km na północ od Władywostoku).

Grzegorz Ajdacki

Drodzy i szanowni oczekujący!
Kończymy przedbiegi, zaczynamy nowy sezon!

16 listopada 2020

Ech, te krakowiaki.
Moi drodzy, domyślając się, że już wszyscy mają serdecznie dość krakowiaków..., dodam jeszcze kilka (hehe). Obiecałem przecież krakowiaki z północy, a te, które ostatnio pokazywałem, były raczej ze wschodu.
Jak już wiecie, krakowiaki często pojawiają się w rosyjskich szkołach, np. artystycznych, jako forma prezentacji i to nie tylko jako taniec powszechny, ale również jako taniec balowy. Oto przykład prezentacji na dzień nauczyciela https://www.youtube.com/watch?v=dPRxCIl4CxE W Rosji rozumiem, ale żeby w Finlandii? Wiele na to wskazuje, że w Finlandii w chwili obecnej krakowiak żyje raczej tylko jako taniec balowy i to właśnie w szkołach. Nie sposób zrozumieć wszystkich zwyczajów szkolnych, gdyż w każdym kraju są inne. U nas studniówki i ewentualne bale maturalne rozpoczyna się polonezem. Ale w Czechach już dość szczególną formą mazurki. Z tego, co rozumiem w Finlandii na pewnym etapie edukacji należy nauczyć się i zaprezentować dawne tańce balowe i własne układy do nowszej muzyki. Ze starszych mogą być walce, polki, ale mogą też być polonezy (na filmie jest tylko w pierwszej minucie) https://www.youtube.com/watch?v=gZOvpImFY1M albo też krakowiaki https://www.youtube.com/watch?v=cn6QxecO15A I znów narzuca się pytanie, skąd tam się wzięły krakowiaki. Otóż Finlandia w XIX w. dzieliła te same losy co znaczna część Polski – od roku 1809 do 1917 należała do Rosji. Finowie mieli co prawda o wiele większą autonomię niż Polacy, ale w 1881 r. podjęto pierwsze próby jej ogranicznia. Do 1917 r., kiedy to Finlandia jednostronnie ogłosiła niepodległość, car jeszcze kilkakrotnie próbował „ugruntować” rosyjską władzę w Finlandii. Jeszcze do 1920 r. kraj borykał się z wojną domową i wojną z bolszewikami.
Zwróćcie, proszę, uwagę, że przełom XIX. i XX. w. to jeden z najważniejszych momentów w upowszechnianiu się salonowego krakowiaka, „opracowywanego” w Petersburgu, a Petersburg leży tak daleko od Helsinek, jak Warszawa od Poznania.
Jak widać krakowiak miał szansę dotrzeć i rozwinąć się w Finlandii, wiele jednak wskazuje na to, że funkcjonuje w tym kraju przede wszystkim jako taniec balowy. Warto chyba podkreślić, że w świadomości użytkowników jest to taniec polskiego pochodzenia. Funkcjonował być może też jako taniec mieszkańców wsi, ale raczej pod fińską nazwą rakojaakko
To jednak nie wszystko. Na samej północy Finlandia graniczy z Norwegią. W historii Finlandii kilkakrotnie dochodziło do klęsk głodu, podczas których niektórzy mieszkańcy przesiedlali się do Norwegii. Ostatnia taka wielka fala głodu miała miejsce w latach 60. XIX w. W jej wyniku zmarło ok. 10% mieszkańców kraju. Północna Norwegia (daleeeko za kołem podbiegunowym) – jak można się domyśleć – nie jest mlekiem i miodem płynąca, jednak migracja tam dawała większą szansę przeżycia niż pozostanie u siebie. Ten północny region Norwegii nawet nazywa się Finnmark, choć napływowa ludność mówiąca podobnie do Finów to Kwenowie. Region graniczy nie tylko z Finlandią, ale też z Rosją i w XIX w. wszystkie trzy państwa usilnie starały się go zasiedlić swoimi mieszkańcami, bo wcześniej mieszkali w nim prawie wyłącznie Lapończycy. Ni mniej ni więcej, w Finmarku powstała ciekawa, choć mało zbadana mieszanka kulturowa. Dopiero w tym wieku stworzono ośrodki zajmujące się badaniem kultury kweńskiej, która traktowana była jak coś gorszego. Samym jej przedstawicielom kojarzyła się z biedą, głodem i zacofaniem. Nic więc dziwnego, że niewiele z niej przetrwało do chwili obecnej. Ale ciekawostka: jeszcze w latach 70.-80 XX. tańczono taniec, który nazywał się rakuunapolkka, co można przetłumaczyć na „polkę dragonów”. W swoich zasobach mam nagranie z tym tańcem, jednak ze względu na prawa autorskie nie mogę go udostępnić. Nie widzieć czemu jest podobny do naszego krakowiaka podlaskiego: https://www.youtube.com/watch?v=Bn_bADvX9jc Muzykę z Finnmarku możecie sobie posłuchać tutaj: https://www.allmusic.com/album/dansesl%C3%A5tter-fra-finnmark-mw0001285475 Rakuunapolkka jest pod nr 25.

Miłych tańców

Grzegorz Ajdacki

- 23 listopada 2020

Wracamy do radomskich oberków!
Moi drodzy, najwyższy czas wrócić do oberków. Minęło jednak wystarczająco dużo czasu, żeby zapomnieć, na czym w zasadzie one polegają. Dziś zatem w ramach rozruszania się zaproponuję parę ćwiczeń przypominających. Zanim jednak do tego dojdzie, wspomnę kilka spostrzeżeń, które przed wielu laty, a po kilku latach tańczenia i uczenia mnie się narzuciły.
Po pierwsze, w mazurkach radomskich, szczególnie kajockich i lesiockich, przez tańczących zwanych raczej oberkami, można dostrzec pewnego rodzaju polirytmię. Z jednej strony bowiem muzykanci grają melodie trójmiarowe, co wyraźnie podkreślają bębniści, z drugiej jednak skrzypkowie (szczególnie skrzypkowie, harmoniści mniej) bardzo rozdrabniają melodię i tak ją ogrywają, że nieobyci adepci sztuki tanecznej na pierwszy rzut ucha przy braku bębenka nie zawsze są w stanie usłyszeć, gdzie jest raz, a tym bardziej, gdzie jest dwa i czy w ogóle jest trzy. Dopiero osłuchanie się z muzyką, obycie się z rytmiką poprzez praktykę, czyli tańczenie, naprowadza zbłąkanych na właściwe tory.
Po drugie, mimo niewątpliwej trójmiarowości mazurków, ośpiewuje je się tak, że w śpiewie trudno się tejże doszukać.
Po trzecie, wreszcie, obserwując szybko wirujących tancerzy (którzy tylko wirują, nie przytupując) ma się wrażenie, że tak stawiają nogi, jakby to były tryby koła zębatego w jakiejś maszynie, gdzie ząbki schodzą się raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa. W rzeczywistości tak nie jest, gdyż ruchowi nóg towarzyszy delikatne, niewidoczne dla obserwatora, a jedynie wyczuwalne dla tancerzy przeniesienie ciężaru ciała co trzeci krok. Wyraźniej ją widać przy tupaniu i tańceniu bez obrotów, co możecie zaobserwować tutaj.
Mnie od kilkunastu lat ten sposób ogrywania mazurków przez najstarszych muzykantów z okolic Przysuchy i Szydłowca oraz tańczenia oberków na tamtejszą modłę przypomina polirytmię afrykańską. Ponadto wirowość naszych tańców jak dla mnie odpowiada niektórym formom tanecznym z Bliksiego i Środkowego Wschodu, np. wirującym derwiszom.
Przejdźmy jednak do ćwiczeń oberkowych;)
Żeby przećwiczyć trójmiarowość z elementami rytmu parzystego podkreślonego śpiewem, proponuję przećwiczyć batuku. Jest to ćwiczenie szczególnie dla dziewcząt i pań. Taniec pochodzi z Wysp Zielonego Przylądka. Należy stawiać drobne, bardzo równe kroczki, rozliczając w rytmie trójmiarowym (czyli: raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy – z równymi odstępami w czasie), gdy bębnistki mocniej uderzają w bębny. Gdy stukają trochę spokojniej i śpiewają, wystarczy dostawiać do siebie nogi, robiąc tylko dwa kroki: raz, dwa. Zwróćcie uwagę na początku filmu, że przy krokach dostawianych w tak szybkim tempie trudno dostrzec, czy drugi krok dotyka ziemi na dwa, czy może pomiędzy dwa a trzy. Należy jeszcze pamiętać o dwóch cechach oberka:
1. Powinien być tak tańczony, żeby nie ruszać biodrami. Spróbujcie więc wpierw przewiązać biodra chustką dokładnie na tej wysokości, jak robią to dziewczyny na filmie. Zawiązana wyżej lub niżej nie będzie tak podkreślała nawet najmniejszego ruchu bioder. Przetestowałem to już 10 lat temu. Rozruszajcie biodra, starając się jednak ruszać nimi bardzo delikatnie. Zwróćcie też szczególną uwagę na fragment od 04:20, jak bardzo dziewczyny są zgrane z rytmem określonym przez bębnienie. Następnie postarajcie się zacząć stawiać kroki zupełnie nie ruszając biodrami, bo w oberkach się nimi nie rusza. Jak już mówiłem, sposób zawiązania chustki, który widać na filmie, zdradzi nawet najdrobniejszy ich ruch.
2. Podczas tańczenia oberka trzeba się starać jak najmniej podskakiwać i w ogóle ruszać głową w górę i w dół. Przy batuku górna część ciała dziewczyn prawie się nie rusza, mimo że na dole dzieje się sporo.
Dla panów i chłopaków również mam ćwiczenie na nieruszanie górną częścią ciała: taniec zauli ludu Guru z Wybrzeża Kości Słoniowej. Nie ma co komentować. Ćwiczenie należy wykonać;) Wykonać tak, żeby jak najwięcej pracować nogami, jednocześnie utrzymując głowę wciąż na jednym poziomie, czyli bez bez najmniejszych symptomów ruchu w górę i w dół. Cała filozofia.
Na koniec ćwiczenie na wirowanie, wszak w oberkach kajockich i lesiockich to podstawa. Tu mistrzyniami, od których warto czerpać, są tancerki romskie z Radżastanu.
Normalnie nie polecam Wam ruszania głową w czasie wirowania, ale przy ćwiczeniach domowych, aby dojść do jak najlepszej wprawy – polecam.
Uwaga! Przypominam, że jakiekolwiek ćwiczenie, nie tylko tańców, jest niebezpieczne i oprócz niewątpliwej radości może przynieść uszczerbek na zdrowiu włącznie z utratą życia doczesnego.

Mimo to życzę udanych ćwiczeń i powodzenia.

Grzegorz Ajdacki

PS. Zwróćcie uwagę na wiek większości tancerzy. Czym wcześniej się zaczyna, tym lepiej.
GA

30 listopada 2020 r.

Dziś są andrzejki!
Zostawmy więc trochę wieczoru na magiczny czar wróżb i zróbmy tylko jeden taniec. Plułbym sobie w brodę chyba przez następne trzy dekady, gdyby się okazało, że swoimi niegodziwymi działaniami konspiracyjnymi, czyli wirtualnymi warsztatami tańców tradycyjnych odwiodłem niechybnie od poznania wyczekiwanego mężczyzny życia i z pewnością odciągnąłem od ołtarza w nadchodzącym roku jakąś niewinną istotę płci do mojej przeciwnej, bo się za długo zapatrzyła na moje nogi zamiast w swoją przyszłość. Tak więc dziś poznamy taniec prosto z Balu Maskowego Taboru Kaliskiego: oberek kaliski z owijakiem.

Tanecznych wróżb

Grzegorz Ajdacki

- 7 grudnia 2020

Moi drodzy,
skoro mamy mikołajki, to… zatańczmy je!

Przychodzi mi na myśl tylko jeden taniec z tej okazji: Mikołajek, czyli Miała matka Mikołajka z Bukówca Górnego. To pod wieloma względami niepowtarzalna wieś. Mikroregion muzyczno-taneczny, ograniczający się w zasadzie do jednej wsi. Ale jakiej wsi! Wsi, która przez kilka lat obchodziła swoje osiemsetlecie, przypadające na 2010 rok, bo wiadomo było, że powstała wcześniej, a rok 1210 był jedynie rokiem pierwszego znanego pojawienia się w dokumentach pisanych. O Bukówcu Górnym można by się rozpisywać. Dla tematyki tanecznej najciekawsze jednak jest to, że przez cały okres rozbiorów mieszkańcy nie dopuścili do sprzedaży choćby kawałka ziemi zaborcom. Nie łączyli się też z nimi żadnymi więzami małżeńskimi, a należy zauważyć, że w dużym stopniu byli otoczeni przez żywioł niemiecki (zwłaszcza od zachodu i południa). Po odzyskaniu niepodległości wieś znajdowała się zaledwie 7 km od granicy z Niemcami.
Ta swoista hermetyczność przyczyniła się do szczególnego zachowania tradycji, w tym tradycji tanecznych. Ciekawe jest to, że nie odrzucano niektórych przejawów kultury niemieckiej, tylko w specyficzny sposób adaptowano, na przykład do tańców wymyślano oryginalne, niekiedy prześmiewcze przyśpiewki.
Odpowiedniki Mikołajka znane są też w innych częściach Wielkopolski. W położonych o kilkadziesiąt kilometrów na północny zachód od Bukówca Górnego okolicach Zbąszynia jest nim Wisielok.
Wrócmy jednak do mikołajek. Jako że jest to zwyczaj szczególnie poświęcony dzieciakom (ja w każdym razie od dawna czuję, że z niego wyrosłem), proponuję jeszcze parę tańców i zabaw poprowadzonych w formie wirtualnej regionalnej lekcji szkolnej przez ciocię Zosię Dragan z Bukówca Górnego. Dzieciaki pomogą Wam i ewentualnie Waszym pociechom się nauczyć.

Owocnych ćwiczeń,
Grzegorz Ajdacki

PS.: Bym zapomniał: ujęte w lekcji W koło się krynć to oczywiście odmiana mazurki – warszawianka.

- 14, 21 grudnia 2020
Szanowni Państwo,
tym razem poruszymy temat kultury pogranicza, a dokładniej historycznego pogranicza, czyli dzisiejszej… centralnej Polski:
Ubóstwo czy bogactwo – o kaliskich polkach.
Warsztaty poświęcone kaliskiej polce. Przypominam, że oberek kaliski z owijakiem był dwa tygodnie temu.

Są w naszym kraju regiony z bardzo silną i wyraźną tożsamością kulturową, których mieszkańcy od pokoleń utożsamiają się z nią, pielęgnują ją, „używają” jej nie tylko od święta, ale i na co dzień. Są takie, w których powszechnie przetrwała tylko część tradycji, np. hafciarskich, a inne niezbyt. Są wreszcie takie, gdzie ostały się ostatki, pojedyncze jednostki najstarszego pokolenia, których umiejętności mogą wskazywać na niegdysiejsze bogate tradycje. Oczywiście nawet w regionach, gdzie tradycja obejmuje wiele aspektów życia, tańce (bo o nich wszak będzie tutaj mowa), mogą nie być najsilniej zachowanym elementem kultury.
Zamieszczę tu pokrótce kilka myśli dotyczących regionu kaliskiego, który jak dla mnie jest trzecim typem z powyższych. Historycznie ziemia kaliska zajmowała jakieś pół Wielkopolski. Ograniczę się jednak do obszaru bliżej Kalisza – na południowy-wschód od niego. W archiwalnych zbiorach filmowych OKTTL, czyli Ogólnopolskiego Konkursu Tradycyjnego Tańca Ludowego w Rzeszowie, praktycznie nie ma nic z tych okolic. Jedyne nagranie, które mogłoby oddać „ducha regionu”, najprawdopodobniej gdzieś zaginęło, w każdym razie w obecnej chwili jest nieosiągalne. Dotyczy tancerzy z Lututowa, leżącego raczej koło Wielunia niż Kalisza. Ale już z okolic Sieradza, czy między Sieradzem a Wieluniem, jest wiele przykładów. Zaczęło mnie zastanawiać, skąd się wzięła ta pustka. W Internecie jest bowiem zamieszczonych kilka (zaledwie kilka) filmów z różnych przeglądów, na których prezentują się grupy z regionu, tyle że są to wyłącznie prezentacje sceniczne, niezbyt odpowiadające idei tańca w formie użytkowej in crudo. Mimo nielicznego wyboru i tak jest lepiej niż jakieś pięć lat temu. Wówczas to w sieci można było znaleźć jedynie filmy z zespołem z kaliskiego pokazującym folklor taneczny... Kaszubów. (Zresztą teraz też można). No właśnie, założeniem OKTTL-u jest prezentacja tańców miejscowych przez grupy miejscowe, czyli swoich w formie jak najmniej stylizowanej. Trudno jest więc uczestniczyć w nim grupom, które mają np. tylko układy taneczne i to z innych regionów.
W naszym kraju w latach 70. XX w. zjawiskiem powszechnym było zanikanie wiejskich zabaw tanecznych przy żywej muzyce tradycyjnej. Należy przypuszczać, że na ten teren nie trafił przed trzydziestu czy dwudziestu laty żaden zafascynowany badacz w stylu Andrzeja Bieńkowskiego, że za późno zainteresowali się nim młodzi, lub że trafili i się zainteresowali, ale – jak to bywa – nie spotkali tych, których trzeba by spotkać, aby zaiskrzyło i się zapaliło, i jeszcze żeby płomień przeszedł na innych. Skrócę trochę te dywagacje i od razu dojdę do konkluzji, że taneczne tradycje okolic Kalisza nie doznały na przełomie wieku odrodzenia i nie przeżywają go obecnie, jak to ma miejsce np. w radomskiem. Mimo podejmowanych od kilka lat prób reaktywacji, ich zanik nie ustaje. Tyle że mnie jednak zawsze niepokoją takie proste wytłumaczenia.
To akurat niepokoi mnie, bo gdy się uważniej przypatrzeć liście uczestniczących w OKTTL-u, da się zauważyć pewną prawidłowość. Otóż pas ziemi leżący na zachód od linii tworzonej przez miejscowości: Konin, Kalisz, Wieluń, Częstochowa i Siewierz jest praktycznie nie reprezentowany przez tancerzy na tym konkursie. Widziałem, co prawda, raz (chyba w 2009 r.) grupkę tancerzy i muzykantów z okolic Częstochowy, ale nie wyróżnili się w konkursie specjalnymi umiejętnościami. To nie tylko okolice Kalisza, ale cały pas szerokości kilkunastu-kilkudziesięciu kilometrów – ciągnący się ponad trzysta kilometrów przez środek Polski. Sądzę, że pewien wpływ na powstanie tak znaczącej pustki mogła mieć rola, jaką ten pas odgrywał w dziejach. Przez ponad sto lat był to kraniec Cesarstwa Rosyjskiego, a jak wiadomo z lekcji historii, Królestwo Polskie podległe caratowi było szczególnie nagradzane represjami odnoszącymi się do kultury w związku z powstaniami, jakie wywoływaliśmy. Z perspektywy Petersburga leżało ono gdzieś na rubieżach, a wymieniony pas to najdalej na zachód wysunięty fragment pogranicza. Śmiem przypuszczać, że z jakiegoś powodu właśnie ten pas najbardziej ucierpiał pod względem kulturowym. Granice w historii mają przecież różną rolę – niekiedy są integrujące, innym razem izolujące. Nie mam odpowiedniego warsztatu ani przygotowania, aby rozważać dalej ten temat, ale zachęcam innych. Być może ktoś uzna go co najmniej za dyrdymały, jednak moją uwagę jako geografa zwykle zwracają różne prawidłowości odznaczające się w przestrzeni. Warto może jeszcze zauważyć, że w okresie PRL-u, szczególnie w latach 70., kultura wsi była uznawana za gorszą od postępowej kultury miejskiej. Był to jeden z powodów, dla których wieś, szczególnie biedniejsza, czy też ta o uboższym dorobku kulturalnym, zaczęła odchodzić od swoich tradycji.
Jak widać na podstawie tych trochę oderwanych od siebie uwag, na zanik lokalnej czy nawet regionalnej tradycji może mieć wpływ wiele czynników i zbiegów okoliczności. W regionach, w których słabiej przetrwały tradycje taneczne, zaobserwowałem znaczne „rozluźnienie” normy tanecznej. Co to oznacza? W konserwatywnych regionach przetrwał do chwili obecnej tzw. garnitur, czyli szczególna kolejność następowania po sobie tańców. Kroki tańców również są ściśle określone (co nie znaczy, że nie zmieniają się z czasem). Za przykład może posłużyć Biskupizna. W miejscach, gdzie zaczął po wojnie wchodzić trwale popularny repertuar radiowy, słyszy się, że dawniej był określony garnitur, ale teraz w zasadzie nikt go nie przestrzega. Taniec tradycyjny, szczególnie dobrze tam rozwinięty, odznacza się jednak małą zmiennością – jest niejako skodyfikowany, jak np. w okolicach Przysuchy. Z kolei w regionach, gdzie nie pilnowano jakoś szczególnie normy tanecznej, pojawia nam się w polkach, obok podstawowego kroku polki, krok „dwa na jeden” – niektórzy z Was mogli to obserwować choćby podczas zabaw Taboru Kieleckiego w Sędku. W okolicach Kalisza doszło do jeszcze większego, jak to nazwałem, rozluźnienia normy tanecznej. Niemniej jednak nie należy pozbawiać jej wartości. Jej siła leży bowiem w tym, że jest… z pogranicza. A oznacza to, że mogą się tam spotkać równocześnie pewne zjawiska z zachodu i ze wschodu, ponadto starsze i nowsze. I w okolicach Kalisza właśnie dochodzi do takiego zjawiska. Melodie wiwatów, które występują w południowej Wielkopolsce, np. na Biskupiźnie, słyszy się na ziemi sieradzkiej jako polki. Chodzone również stają się polkami. Nie chcę tu powtarzać wszystkiego, co mówię w filmie, zachęcam do uważnego posłuchania komentarza. Warto jednak zwrócić uwagę, iż ze względu na przejściowość regionu otrzymujemy niespotykaną gdzie indziej w centralnej Polsce wariantywność kroku polki, porównywalną ilością odmian z tą z południa kraju. Krok „z nogi” przypominana wielkopolskie wiwaty, ale podstawowe odmiany polki kaliskiej nie różnią się od polek sieradzkich. W dodatku jeden z kroków – konkretnie tzw. „dwa na jeden” – nabiera tam cech szczególnie lokalnych: tak szybkiego kręcenia się przy jego zastosowaniu nie zaobserwowałem nigdzie.
Życzę zatem miłego zakręcenia się.
A Paniom z Czempisza i okolic – Halinie Łasce, Janinie Plichcie i Helenie Szych – dziękuję za niezapomnianą naukę.

Grzegorz Ajdacki

- 28-30 grudnia 2020
Drodzy Warsztatowicze,
mamy zatem ostatnie spotkanie w tym dziwnym roku, ostatnie w tym dziwnym sezonie i ostatnie przed dziwną, bo superdługą przerwą zimową. I jak na po trzykroć ostatnie spotkanie przystało, będzie ono dziwne, przynajmniej tytularnie:
Dlaczego nie uczę tańców kaszubskich?
Zanim odpowiem na to pytanie, zapytam Was: czy byliście uczestnikami zabawy, albo czy przynajmniej widzieliście otwartą zabawę taneczną, na której tańczyło się tańce kaszubskie? Nie chodzi mi o pokaz zespołu, podczas którego zostaliście poproszeni do nauki jakiegoś tańca, nie chodzi mi też o formę quasi-warsztatową, gdzie nauka była połączona z chwilką praktycznego wykorzystania nabywanej lub dopiero co nabytej umiejętności, tylko o regularną imprezę taneczną, zdominowaną przez repertuar z Kaszub. Wielu z Was bywało na imprezach w Radomiu i okolicach, niektórzy na Kurpiach Zielonych, na Powiślu Maciejowickim albo na Biskupiźnie, a przynajmniej na potańcówce przy muzyce miejskiej w Warszawie. Czy ktoś był na podobnej imprezie kaszubskiej?
Gdy jeździliśmy z grupką znajomych po Kaszubach latem 2011 roku, spotkaliśmy się z dziwną dychotomią. Chcieliśmy się wtedy dowiedzieć, do jakiego repertuaru tańczono na dawnych zabawach tanecznych. Harmoniści grali nam rajlendry, walce, polki, marsze, a nawet oberki (z niemieckich zapisów nutowych!), ale mało kto był w stanie nam pokazać, jak się je tańczyło. Z kolei młodsi byli w stanie pokazać nam tańce, tylko nie niestylizowane i raczej nie te wymieniane przez starszych muzykantów. Na pytanie, dlaczego tak się dzieje, odpowiedział nam pewien pan, mąż szefowej jednego z zespołów folklorystycznych, kilkanaście lat od niej starszy: „A bo ona zna tylko folklor świetlicowy”. O co chodzi?
Najciekawszą osobowością w kontekście tańców kaszubskich jest, przynajmniej dla mnie, Paweł Szefka. Żył w latach 1910-1991. Już jako nastolatek należał do rodzinnej kapeli ludowej braci Szefków w Strzebielinie. Współpracował z Łucjanem Kamieńskim przy zbieraniu (czyli nagrywaniu na wałki woskowe) melodii kaszubskich. W 1936 r. wspólnie z nauczycielem muzyki Zbigniewem Madejskim wydał książeczkę Kaszubskie pieśni i tańce ludowe. Po II wojnie światowej również zajmował się folklorem muzyczno-tanecznym, będąc równocześnie działaczem społecznym; gdyby dziś działał, pewnie określilibyśmy go animatorem kultury. Jedno z najważniejszych działań, jakiego dokonał, a w kontekście zachodzących tu wirtualnych warsztatów tańców tradycyjnych – najistotniejsze, było napisanie i wydanie w latach 1957-79 czterech książeczek poświęconych tańcom kaszubskim. Tylko że…
Paweł Szefka pozwalał sobie na daleko posuniętą „twórczość” względem publikowanych tańców. Wynikała ona z jego własnej praktyki wykonawczej, z kontaktów z wodzirejami, z potrzeb zabaw i wesel, oczywiście z opowieści i z różnych opisów w źródłach pisanych. Należy nadmienić, że był też autorem wielu bardzo popularnych sztuk scenicznych dla teatrów amatorskich i grup szkolnych. Sztuk opartych na kaszubskiej tematyce ludowej. Można stąd wyciągnąć wniosek, że należał do czołowych propagatorów tzw. sztuk widowiskowych, zwłaszcza że w PRL-u właśnie prezentacje sceniczne kultury ludowej w opracowaniu artystycznym miały zielone światło*. W zasadzie po prostu stworzył kanon tańców kaszubskich. No i tutaj wracamy do sedna.
Już pod koniec XIX w. badacze folkloru muzycznego Kaszub zauważyli zanikanie tradycyjnego repertuaru w regionie. Potwierdzają to również badania z początku XX w. (i to zarówno niemieckie, jak i polskie), jeszcze zanim ta część Pomorza trafiła po rozbiorach do Polski. W latach 30. zauważono dalszy stopniowy zanik muzyki ludowej, łącząc to zjawisko z rozwojem przemysłu, komunikacji i handlu. Z tym wiązano znaczną migrację, zanik prac wspólnych i przenoszenie na Kaszuby coraz silniejszych „wpływów obcych”, w tym przypadku rozumianych jako niemieckie. Patrząc na mapę, można z łatwością zauważyć, że większość obszaru zamieszkanego przez Kaszubów jest położona w pobliżu Gdańska, szczególnie część północna i środkowa regionu. Bliskość tak dużego miasto, jak i budowa Gdyni, musiały przyciągać. Ja bym dodał jeszcze jeden czynnik wpływających na zmiany kulturowe. Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę, Wolne Miasto Gdańsk uruchomiło stację radiową (w 1926 r.). Stacja nadawcza z Torunia rozpoczęła regularnie nadawać swoje audycje w 1934 r. Obie odgrywały olbrzymią rolę propagandową – odpowiednio na rzecz Niemiec i na rzecz Polski. I oczywiście puszczały muzykę. Nie udało mi się znaleźć informacji, jaki dokładnie wpływ miały na radiofonizację Pomorza, a w szczególności Kaszub, ale łatwo obliczyć, że zaczęła się ona przynajmniej o 20 lat wcześniej niż w Polsce Centralnej, już w PRL-u, zatem o całe pokolenie wcześniej**.
A teraz spróbuję połączyć parę wiadomości, które udało mi się zdobyć, i wyciągnąć daleko idące, choć może zupełnie bezpodstawne wnioski. Oczywiście znów zachęcam specjalistów do badań, na podstawie których będą mogli z satysfakcją zdementować moje hipotezy lub z jeszcze większą radością (szczególnie moją) je potwierdzić.
1. Najstarsi muzykanci, których spotykaliśmy w czasie wyżej wspomnianego wyjazdu, przeważnie znali nuty. Te, z których korzystali przy nas, były tylko niemieckie. Jak już zaznaczyłem – nawet do oberków. Z wywiadu wynikało, że w latach młodości mieli problem ze zdobywaniem drukowanych nut polskich. Repertuar przez nich ogrywany to głównie walce, marsze, polki i rajlendry. Najwyraźniej ta muzyka była modna, więc do niej tańczono. Niestety obecnie trudno znaleźć kogoś, kto by umiał lub jeszcze mógł to robić. 2. Szefka w pierwszej książeczce wydanej w 1936 r. zaprezentował tylko 4 tańce kaszubskie. (Nie było więcej, czy może nie zdążył przed wojną wydać następnych)? Większość z 24 tańców kanonu kaszubskiego później przez niego opublikowanych to tańce przez niego „zrekonstruowane” lub stworzone.
3. Zainteresowanie tańcem od lat 30. XX w. było wyraźnie połączone z rozwojem amatorskiego ruchu teatralnego. Mimo że ruch ten rozpoczął się jeszcze przed II wojną światową, po wojnie było nań również duże zapotrzebowanie. Jednakże w praktyce okazało się, że tańce powszechnie używane podczas zabaw nie pasują do wzniosłych idei nowego ustroju. Kultura taneczna bazowała na melodiach i tańcach niemieckich, a na te po wojnie nie było miejsca, gdyż jednoznacznie były wiązane z najeźdźcą. Należało więc wykreować w repertuarze tanecznym „zespół cech rodzimych”, no i Szefka ze swoją pomysłowością i jednocześnie obeznaniem świetnie się odnalazł w roli takiego kreatora. Tańce, nawet jeśli funkcjonowały w formie niestylizowanej (jak trojôk), zostały przez niego tak opracowane, żeby wyglądały bardziej widowiskowo na scenie (np. diôbli tuńc czy wôłtôk).
4. Zaczął się prężnie rozwijać tzw. nurt kultury świetlicowej, ze swoimi strojami regionalnymi (sic!), swoimi widowiskami, swoimi tańcami i piosenkami. Tańczyło je młodsze pokolenie, ale starsze nie znało. Niestety okazało się, że rozwój folkloru świetlicowego następował równolegle ze zjawiskiem znanym w całym kraju: zanikiem zabaw przy muzyce granej na żywo. I tu dochodzimy do konkluzji.
Tańce opracowane przez Szefkę świetnie się nadają do prezentacji scenicznych, gdyż – jak można wnioskować – temu głównie miały służyć. Zanik tradycyjnych zabaw uniemożliwił jednocześnie ich zejście ze sceny i dostosowanie do potrzeb użytkowych. Po prostu nie powstało takie zapotrzebowanie***. Można je sobie jednak wyobrazić. W zasadzie jedyny przykład, jaki mogę zaproponować, ukazuje ten film.
Również najnowsze projekty warsztatowe, które ostatnimi czasy pojawiły się w sieci, nie wskazują na próby adaptacji kanonu tańców kaszubskich do potrzeb potańcówek. Oto przykład: kòséder i inne. Wymieniam z nazwy ten taniec, bo to jeden z pierwszych, które poznałem. I jeden z moich faworytów do roli tańca w formie użytkowej. Nim też rozpoczyna się pierwszy z zamieszczonych dziś filmów.
Tańce na Kaszubach obrały odmienną drogę niż tańce z zachodniej Wielkopolski, których duża część również wskazuje na pochodzenie niemieckie czy zachodnioeuropejskie. Opisywałem wcześniej tradycje taneczne Regionu Kozła czy Bukówca Górnego i tam na tyle silnie się zadomowiły rajlendry, szocze czy polki, że nie tworzyły problemu ideologicznego. Bardzo często są tańcami figurowymi, których określone kroki służą określonym melodiom. Ale silnie się tam też utrzymują melodie miejscowe albo rozpowszechnione w całej Wielkopolsce, jak wiwaty czy równe. Widocznie repertuar zachodni na Kaszubach w czasach słusznie minionych był odbierany przez kogoś (nie wiem, czy z miejscowych czy z rządzących) za nazbyt „niepolski”.
Nawiązując jeszcze na koniec do tańców z Bukówca Górnego – pokazałem wtedy film z miejscową odmianą jednej z odmian mazurki: warszawianki. Tu chciałbym zaprezentować wersję kaszubską, czyli okrąc sa wkół. Oczywiście również w formie stylizowanej.
No cóż, dopóki na Kaszubach nie powrócą, czy też nie wypracują się użytkowe wersje tańca, niewiele mogę zrobić – wszak celem moich warsztatów zawsze było przygotowanie ich uczestników do zabaw tanecznych. Jakieś szanse jednak są. Wzmiankowana na początku grupka znajomych z czasem stworzyła Stowarzyszenie Trójwiejska. Zaaranżowała (jak jeszcze było można) kilka spotkań ze starszymi Kaszubami, porozmawiała z nimi trochę, pograła dawne kawałki, nawet trochę potańczyła. Może coś z tego wyniknie.

Jak zapowiadałem, to już ostatnie spotkanie w tym dziwnym roku. Czas zrobić Wam i sobie przerwę. Potrwa przynajmniej do końca ferii, a potem zobaczymy, co nam korona zafunduje.
Z nadzieją w głosie życzę Wam WSZYSTKIEGO TANECZNEGO W NOWYM ROKU!
Rafałowi Miście dziękuję za publikowanie tekstów na fejzbóku.

Grzegorz Ajdacki

*Niedoścignionym wzorcem pod tym względem był zespół pieśni i tańca Mazowsze i zaraz za nim Śląsk. Docelowo miał ponoć powstać w każdym z ówczesnych siedemnastu województw podobny zespół specjalizujący się w regionalnych tańcach, a prezentujący je (i tańce ogólnopolskie) według tzw. szkoły Igora Moisiejewa. Poinformowało mnie o tym kilkoro byłych podopiecznych profesora Roderyka Langego, uczestników obozów tanecznych, które organizował, zanim w 1967 r. wyjechał z kraju. Na Kaszubach w pierwszej powojennej fazie rozwoju (do 1980 r.) powstało 28 zespołów folklorystycznych. Później ich liczba stale wzrastała. Sądzę, że ta wielość, a zarazem rozdrobnienie, nie sprzyjały temu, by któryś z nich miał zyskać miano „najważniejszego”. Niemniej jednak w środowisku wielkomiejskim chyba najbardziej wyróżnił się ZPiT Gdynia (wywodzący się z Zespołu Artystycznego Arka, który przekształcił się w ZPiT Dalmor), zaś wśród mniejszych miast regionu Kaszubski ZPiT Kościerzyna (kontynuator ZPiT Ziemi Kaszubskiej w Kościerzynie).

** W dwudziestoleciu międzywojennym repertuar zabaw tanecznych w tak dużych miastach jak Warszawa czy Lwów tak szybko się zmienił, że pod koniec lat 30. XX w. mało kto potrafił dobrze zatańczyć modnego wcześniej przez ponad 100 lat mazura. To za sprawą radia, patefonów i oczywiście praktyki tanecznej. Podobna rewolucja we wsiach centralnej Polski nastąpiła w latach 50. wraz z akcją radiofonizacji i trwała do końca lat 70. Dlatego też najlepsze wówczas kapele, które jeszcze działają (lub działały do niedawna) znają (znały) właśnie przeboje z tamtych lat. To były melodie ich młodości i o ich zagranie do tańca prosili uczestnicy ówczesnych imprez.

*** W bieżącym sezonie pisałem sporo o krakowiakach. One są właśnie przykładem tańców salonowych, które rozpowszechniły się w wielu miejscach poza Polską. Zaadaptowane przez społeczności lokalne, stały się miejscowe, swojskie. Wówczas było takie zapotrzebowanie.







Artykuł jest z Dom Tanca
http://www.domtanca.art.pl

Adres tego artykułu to:
http://www.domtanca.art.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=604